Ludzie i media.
W Polsce, narzekamy na brak przedstawicieli mediów na pokazach, zbyt dużą ilość gimnazjalistek na miejscach VIPowskich i stylizacyjne potworki na widowni. Znając dostępność ubrań i marek, jakie są oferowane w Holandii, oraz mentalność tego narodu, jako trochę bardziej otwartego na ekstrawagancję i odwagę (w ubiorze), niż naród polski, miałam nadzieję na ekstazę kolorów, dodatków i form dla oczu. Okazuje się, że pod niektórymi względami Holandia wcale nie prezentuje się ciekawiej, niż naród znad Wisły. Przyznam szczerze, że chętnie wspominałam stylizacje naszej, polskiej Macademian Girl, która zdecydowanie zrobiłaby furorę w Amsterdamie.
Styl holendrów można stosunkowo łatwo określić – mężczyźni
są zdecydowanie lepiej ubrani na co dzień, niż nasi polscy gentlemani
(uogólnienie). Klasyką są beżowe spodnie materiałowe lub niebieskie jeansy,
koszula w biało-błękitne paski, brązowy pasek przy spodniach, dopasowane
kolorystycznie do paska buty, często marynarka, no i oczywiście żel na włosach
(co akurat nie jest zaletą, ale osobiście uważam, że łatwiej wyrzucić do kosza
to klejące paskudztwo i umyć włosy, niż namówić łyso-głowego młodzieńca, do
zapuszczenia kilku centymetrów włosów).
Kobiety, natomiast lubują się w butach na niskich obcasach słupkach, lub
wszystkich wersjach motocyklówek i butów a la cowboy – myślę, że nie widziałam
nigdzie takiego zagęszczenia tego typu obuwia, jak właśnie w Królestwie
Niderlandów. Z jednej strony, ciężko chodzić w szpilkach po brukowanych
uliczkach, jednak przy polskich chodnikach nie jest łatwiej. W przypadku
młodych dziewczyn, mamy niezniszczalne Air-Maxy i inne sportowe obuwie, często
kolorowe spodnie i wyciągnięte, długie swetry. Tak wyglądają Holendrzy na co
dzień – a jak się ubierają na imprezy modowe? Tak samo. Szczerze powiem, że na
wysokich obcasach czułam się trochę odstająca od tłumu – co dziwi, bo w Polsce
na Fashion Weeku, czy pokazach nie widzi się płci pięknej bez kilku
centymetrowych szpilek. W kilku przypadkach można było zauważyć dozę szaleństwa
w kreacjach, ale obiektywnie mam wrażenie, iż ciekawsze były kreacje Michała
Witkowskiego.
Z resztą, nie mówimy tylko o elemencie szaleństwa, czerwonych sukniach, ale o czymś, czego nie oglądamy codziennie na ulicach. Jedyne, czego było zdecydowanie więcej, to Chanel’ki Boy, których spokojnie można było się dopatrzyć ponad dwudziestu.
Kolejnym zdziwieniem, była dla mnie ilość… dzieci. Dzieci, w
wieku 5-8 lat. Jak w przypadku znudzonych i ganiających się chłopców, ich
obecność tak bardzo mnie nie martwiła, tak dziewczynki, które były zabrane i
wyszykowane przez swoje feszyn-mamy, nadal śnią mi się w koszmarach. Jedna
dziewczynka, (ok. 6-ciu lat) miała ułożone włosy w falę i piękne ubranka. Miała
również ogrom makijażu – łącznie z makabrycznie ostro wykonturowanymi,
dziecięcymi rysami, z dużą ilością rozświetlacza i bronzera. Jestem wielką
przeciwniczką nie tylko przyprowadzania dzieci na pokazy mody (ta kwestia była
z resztą poruszona przez samą Annę Wintour po rozpłakanej North West), a
traktowanie ich jak żywe lalki jest wręcz nieludzkie.
Jak z mediami? To, co uważałam za dużą zaletę imprezy w
Amsterdamie, była ograniczona ilość fotoreporterów. Na salę wchodziła jedna,
upoważniona ekipa fotografów, która wykonywała zdjęcia gościom. Nie było mowy o
20 paparazzo, którzy koncentrują się na celebrytkach. Nie twierdzę, że znam się
na holenderskich gwiazdach, jednak ograniczenie błyskających fleszy raczej
umilało czas oczekiwania na rozpoczęcie pokazu. Oficjalni fotografowie, po
zakończeniu pokazu od razu przygotowywali zdjęcia, do publikacji – w ciągu godziny
zdjęcia z pokazu i gości pojawiały się na oficjalnej stronie amsterdamskiego
tygodnia mody.
Jednak, jeżeli chodzi o obecność przedstawicieli holenderskiej prasy modowej - często narzekamy, że na łódzkiej imprezie nie widzimy redaktorek naczelnych polskiej prasy. Amsterdam ma taki problem, iż styczniowa edycja tej imprezy praktycznie zazębia się z pokazami w Paryżu - redaktorki Vogue czy Elle, zdecydowanie bardziej wolą siedzieć na pokazach Haute Couture, niż wspierać swoich rodzimych projektantów. Próżno też było wypatrywać przedstawicieli prasy zagranicznej - pod tym względem Polska wypada zdecydowanie lepiej!
Jednak, jeżeli chodzi o obecność przedstawicieli holenderskiej prasy modowej - często narzekamy, że na łódzkiej imprezie nie widzimy redaktorek naczelnych polskiej prasy. Amsterdam ma taki problem, iż styczniowa edycja tej imprezy praktycznie zazębia się z pokazami w Paryżu - redaktorki Vogue czy Elle, zdecydowanie bardziej wolą siedzieć na pokazach Haute Couture, niż wspierać swoich rodzimych projektantów. Próżno też było wypatrywać przedstawicieli prasy zagranicznej - pod tym względem Polska wypada zdecydowanie lepiej!
Które z wydarzeń jest zatem lepsze? Ciężko mi określić - z jednej strony tydzień mody w Amsterdamie nadal bije łódzki Fashion Week na głowę. Nie jest to jednak dla mnie duże zaskoczenie - chociaż to o Niemcach mówimy, że są wyjątkowo uporządkowanym narodem, prawie 4 lata mieszkania w Holandii uświadomiły mnie, że to jednak tutaj 'Ordnung' jest większy - widać to chociażby na ulicach i w czystości budynków. Jednak w pewnym stopniu brakowało mi tych przebrań i takiej ilości wystylizowanych, czy czasem nawet przestylizowanych ludzi, jakich widać na łódzkiej imprezie. Chociaż nie byłam na wielu pokazach w Amsterdamie, myślę, że niektóre kolekcje prezentowane w Polsce spokojnie mogą konkurować, jak i nie przebić kreatywnością holenderskich!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz